środa, 10 kwietnia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Dziewiąta

Ja przepraszam. Wiem, że mam wielkie grono fanów, którzy codziennie, mówią mi „Mateusz, weź ogarnij się. Nie pij tyle”, ale cóż. Jak wiecie, wena to dziwka – jak jest to wysysa z Ciebie wszystko, jak nie ma to starasz się zapić tęsknotę. Niezwykle mi przykro oznajmić (patrząc w prawo na stos felietonów), że nic nowego nie mam. Ale, aby Wam nie było boleściwo, napisałem to oto to coś.
Czytać.

W moich snach


Nieodłączną częścią mojego życia jest sen. Gdybym miał wybrać między najpiękniejszą blondynką na ziemi, a łóżkiem – prawdopodobnie wybrałbym blondi, a potem materac. Ważne jest, że co wieczór przed wtuleniem łepetyny, w śmierdzącą od fajek poduchę, zastanawiam się, co znowu mi odbije i dlaczego podniosę ślepia spocony, lub z kolejnymi śladami po walce ze ścianą. Przypuszczam, że jest to mocno powiązane z moim pierdolnięciem i wyniszczającym wątrobę trybem życia, jednak nawet absynt, nie daje tego, co aktywny dzień wśród społeczeństwa.

Zacznijmy.

Case’u numer 1: Mój kot to krewetka.
Tak, zgadza się. Mój czarny, porąbany, wykastrowany kocur, jest krewetką. Tzn. nie do końca - jest kotem, bo ma te wszystkie kocie rzeczy, ale jego rodzice to wielkie krewetki. GIGANTYCZNE. Zawsze kiedy spotykam tego futrzaka, one są w pobliżu i chcą mnie zabić, za to, że zabrałem ich ukochane dziecko. Nie dość tego, potrafią syczeć i mlaskać, co mogę zakwalifikować do rzeczy „Obfitych w kakofonie mięczaków”. Niespodziewanie, kot ma przyjaciela – psa zamrożonego ciekłym azotem, który gdy rozpadnie się na części, zaczyna się czołgać.

Case numer 2: Wszystko wybucha podczas inwazji robactwa.
Mam świra na punkcie robaków. Nie to, że ich boję – mają na moją psychikę intensywny wpływ. Zawsze, gdy pojawi się w moim limbo owad, wiem, że mam przesrane. Zaczynają się mnożyć i rozpierdolać wszystko na około (chyba, że jestem jednym z nich, wtedy obserwuję z pozycji chrząszcza całą rozwałkę). Apokalipsa niczym za czasów faraonów. Rzecz jasna, jeżeli jeszcze nie zabiły wszystkiego na swojej drodze, to wiją się w małych pomieszczeniach lub basenie, w który sam Pudzian krzyczałby jak dziewczynka. Gorzej, gdy okazuje się, że robactwo wychodzi Ci z przedramion i wszystkich możliwych dziurek. Mam wtedy ochotę krzyczeć „Motyla noga!”.

Case numer 3: Jeste Robote.
Nie do końca robotem – nawet nie robokopem, lecz raczej vir machina. Na ten przykład, posiadam wbudowane porty od konsoli do gry w brzuchu. Na pytanie „Po co Ci to”, nigdy nie umiem odpowiedzieć, ale wiem doskonale, że musieli amputować palec u nogi abym był szczęśliwym posiadaczem, bezużytecznej elektroniki w moich trzewiach. Być może połączone jest to w jakiś sposób z tym typem, który zawsze jak się pojawia, to mnie budzi (nie, nie mowa o mojej byłej). Wielka tajemnica.

Case numer 4: Nie mam żył.
Ten efekt specjalny powtarza się zwykle po maratonie z wyznawcami sztuki wu-dzitsu. Nieodłącznym snem po kilku litrach kiepskich drinków jest absolutny brak wnętrzności, w tym żył. Zwykła woda w środku i ew. kości. Niezaprzeczalnie miało to swój klimat na samym początku, ale jak wiemy - co nas wkurwia na co dzień, zaczynamy akceptować i teraz, gdy wyciągam korek z nadgarstka i zerkam do środka, wiem czego się spodziewać. Cyrki zaczynają się, gdy całość łączy się w kombosie zwanym „Musisz zdjąć tą twarz”, i w ten jakże magiczny sposób znajduje robaki pod skórą. Boże, za co.

Case numer 5: Wszystko jest grą.
Planszową rzecz klarownie jasna. Każdy ruch jaki wykonuje, rozgrywany na wielkiej planszy, może spowodować, że mogę spowodować się np. przybycia pterodaktylów lub (o zgrozo), wieścią, że zostałem ojcem. Czysta ruletka, której zwykle towarzyszy zombie dziewczynka oznajmiająca nadejście kataklizmu. Deszczu żelek jeszcze nie było, ale co noc na to liczę.

Case numer 6: Wszyscy są ćpunami.
To tylko rełańd dnia, dalej.

Case numer 7: Szkoła.
Twórcą najdoskonalszych horrorów nie śniły się takie obrazy. Wyobraźcie sobie, że wracacie do szkoły - liceum. Wszyscy tylko kują, zasuwają jak w KejeFCi i robią oczy gfy mówisz „ale ja już dawno skończyłem tą szkołę”. Nie ma skurwysynie, kujesz z nimi te bezużyteczne pierdoły. Nagle nadciąga apokalipsa zombie i jest wszystko w porządku – nieopisana ulga i radość, że nie musisz siedzieć przy ławce i uczyć się o najwyższym szczycie Mongolii (Chuj-ten, tak na marginesie).

Case numer 8: Podróż Warszawskim metrem.
Jako wizjoner, niczym Sztiw Dzobs, rozwijam w myślach wspaniałe możliwości rozwoju naszego stolniczego (stołowego?) transportu, który tak uszczęśliwia biedne słoiki. Jednak, to też, ponieważ moje mniemanie o Warszawskim transporcie miejskim, jest jakie jest, tak oto metro jest nieskończone i często brakuje schodów, pociągów, a nawet torów. Dodatkowo podczas jazdy można swobodnie wyskoczyć i wskoczyć do drugiego pociągu, jadącego z naprzeciwka. Takie rozwiązanie akurat jest supcio. Dodatkowo kuriozalne ceny biletów i kanary, którzy strzelają do Ciebie z AK47. Przyszłość.

Tyle. Psychika siada od samego myślenia o tych epickich bazgrołach. Wkrótce napiszę coś konkretnego, a obecnie – idę zapalić.


0 komentarze:

Prześlij komentarz

 
 
Copyright © Mr Staniszewski
Blogger Theme by BloggerThemes Design by Diovo.com