środa, 23 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Czwarta


Uwielbiam wydawać pieniądze. W dniu gdy zera na moim koncie rosną, staję się konsumencką dziwką. Wydaję złotą walutę do momentu aż czuję, że nie mam na jedzenie i fajki. Wtedy wydaję resztę fajsu na papieroski.
Taka jest prawda, nie potrafię się pohamować przed wydaniem, w mistyczny sposób, zarobionych pieniążków. Przypuszczam, że jest to defekt psychiczny, jednak uważam ten odchył jako samoobronę przed depresją przesyconego dezinformacją dzisiejszego świata. Tak, zgadza się, jestem odchylony jak ko-ni-su-i-da, podczas dziesiątki na Bałtyku, ale czy to złe? Uważam, że dzięki temu staję się w oczach ludzi bardziej oryginalny - fajki już nie pomagają, zostaje mi demencja.

Pomyślmy o sobie


Długo się zastanawiałem nad tym "Czy jestem normalny?", no bo bycie normalnym jest w modzie prawda? Ubieranie się jak inni, słuchanie tej samej muzyki, oglądanie tych samych gównianych filmów - wszystko to jest jak najbardziej ołkej w spektrum dzisiejszego świata. Więc tu się zgadzam, robię to co inni i też wyglądam jak miliony zjadaczy bułek w tym kraju, więc czym mogę się wyróżnić? Może sztuką? Niet, artysta ze mnie marny. Może myślami? Nie, nadal to samo. Lipa, mizeria i kluski w śmietanie.
Po długich oględzinach i dedukcji niczym Tomi Li Dzons, okazało się, że to sposób w jaki wyrażam się. Fonetycznie.
O słodka ironio, przecież to najważniejsze! Wyrażenie swoich dyrdymałów przez słowa! Niewymawianie "R" i kaleczenie polszczyzny przez unikanie ą i ę, jest jak zdrada stanu i postrzeganie spektralnej mojej dupy jako anormalnej. 

Kij Wam w oko.

Zmieńmy temat. Szybko.
Ostatnie kilka dni lecą mi jak krew z nosa. A raczej wódka niż krew, ale to tak na marginesie. Rzucanie palenie przestało być priorytetem, zstąpił go szkoła - bo muszę, ot co. Imprezowanie i chlanie ponownie wkracza w moje życie. Doznałem oświecenia przy wódce, zobaczyłem nowy świat. Tj, ten bez mniejszych zmartwień, ale potem wytrzeźwiałem i musiałem sprzątać. 

Chciałem z góry podziękować za rozwalanie mi moich drzwiczek od zamrażarki. Idźcie w cholerę. 

Więc weekend mijał spokojnie. Na nauce, zaliczeniach, pindoleniu o pierdołeczkach przy fajeczkach - taki standard C+. Jeszcze lepsza była myśl, o olaniu działu na rzecz mojej dzamprezy. Nagle jak grom z jasnego nieba uderzyła mnie myśl, że nadal w moich żyłach płyną nieprzebrane ilości wody ognistej. i że umieram z głodu. Dzida do domu, Mr Donald, fajka no i wyrko.
Jak to zwykle po większej imprezie bywa, poznaje się dziewczyny, które interesuje przede wszystkim stan twojego przyrodzenia, więc miałem małe, że-nu-a podczas oglądania filmu o ludziach nie do końca stabilnych mentalnie. Postanowiłem się jednak spotkać z taką niewiastą mimo moich twardych reguł "Nie bierz tego co wszyscy mieli".
Było miło, ciepło i przyjemnie. Udany wieczór. Trochę dziwnie, ale ze mną tak zawsze. Dziewczyny niepalące są cudowne, bo nie można przy nich palić, co obecnie bardzo mnie cieszy. Następstwa jednak bywają dzikie i odbiegające od standardów przyjętych przez społeczeństwo. 

- Kiedy się zobaczymy?
- W lutym, mam sesje.
- Aha, ok.
- Ale nie jesteś zły?
- Nie, nigdy nie jestem zły :)

Byłem wściekły. Nie trawię opcji odrzucenia po udanym wieczorze - jak chyba każdy, prawda? Niemniej, paliłem tego dnia jak smok, przez szereg czynników ewolucyjnych. Cieszę się, że mam z głowy nienawiść i rozmawiam o tych farmazonach z miłymi ludźmi, jednak jest niedosyt. 

I to na tyle. Krótko, ale stabilnie. 

czwartek, 10 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Trzecia

Zbliża się piątek. Czas rozpusty i myślenia o łikendzie. Jest to mój ulubiony dzień w tygodniu poza środą, bo środa
to ładne słowo i w ogóle.

Prestiż i piękno pracy w agencji


Jestem zniszczony egzystencją jak brazylijski pies. Cały tydzień z głowy, nic kreatywnego nie wyciekło z mojej małżowiny - czyli okolic pół mózgowia, a ograniczenie jaranka wpływa horrendalnie na mnie źle. 

Jest jednak rzecz, która doprowadziła - oraz doprowadza od dłuższego czasu - do amoku. Projekt Menadżerzy, a raczej ich podła szkarłatna odmiana - Junior Brand Menadżerzy. Tak tak, słyszeliście to pierdyliard razy, od ludzi za pewne lepszy i inteligentniejszych od Was. Fakt pozostaje jeden - są wszędzie i czyhają na naszą zgubę.

"Ale drogi Mateuszu, ja nie pracuję w reklamie i mnie nie dotyczą te okrutniaste potforzyska!". Gówno! Jesteś ich ofiarą tak samo jak ja! Wyobraź sobie, że oderwałeś się od fejsbuczka i podreptałeś do Żabeczki. Widzisz tam prześliczną, błyszcząca i mieniącą się na ladzie (niczym Edward z Tłajlajtu) gazetę. Supcio. Otwierasz, widzisz promocję na jogurt z biedronki, kupujesz, masz banana na twarzy i pleśń w jelitach. Jednak przyjrzyj się dokładnie ten papierowi w Twoich łapkach. Jeszcze dokładniej. Tak! Właśnie doznałeś oświecenia, że masz przed sobą najbrzydsze stworzenie od czasów nowego symbolu Gminy Przemyśl. Czemu tak się dzieje? Czyżby grafik dał dupy, a DTP zachlało? Nie do końca. 

Pracując w agencji specjalizującej się w robieniu papierów toaletowych dla sklepów, poznałem z każdej strony tajniki tworzenia ultra szpetnych dziwotworów. Oto jak to naprawdę wygląda. 

Dzień pierwszy - jeden papieros na pół dnia.
Dostajemy od klienta brief. Prosty przekaz, proste zadanie, proste rozwiązanie - zaprojektować gazetkę reklamową dla znanej firmy sprzedającej kosmetyki i chuj wie jeszcze co. Deadline - dwa tygodnie, nakład 100tys. Bułeczka z masełkiem. 

Dzień piąty - dwa papierosy na pół dnia.
Magiczne cztery dni kreatywności ostrych rozmów i łez po policzkach. Sam Andy W. byłby z nas dumny. Patrzymy na nasze dziecko co 15min wzdychając niczym do bogini Afrodyty. 

Dzień dziesiąty - mniej niż jeden papieros na pół dnia.
Pełen akcept klienta. Proofy zaakceptowane. Everything better than expected! Drobne literówki I takie tam mało istotne dyrdymały. 

Dzień dwunasty - paczka na pół godziny.
Znikąd, niczym Godzilla pojawił się specjalista od marketingu - stawiam moją głowę, że został zatrudniony tego samego dnia w ramach dnia dobroci dla studentów. Jedno pięknie wkurwiające zdanie, "Nic mi się nie podoba, musimy to przedezajnerować na asapie". Krew z nosa, żyletki w ruch, drukarnia płacze, bo już wie. Oni zawsze wiedzą, że z posadzki pod wałkami zrobi się jezioro krwi. Rozpoczyna się walką ze snem. Magiczne chwile odchodzą. Żony zostawiają mężów. Dzieci umierają z tęsknoty za rodzicami. Los Armagedon. 

Dzień czternasty - nie wiem, nie uczyli mnie takich liczb w szkole.
"Niestety jest błąd w druku, musimy się dogadać do zniżeczki, albo rekompensatki, bo zjebaliście kochanieńcy". Bóg mi świadkiem, że trzymałem accounta od wbicia tej babie tasaka między przyrodzenie. 

Dzień później zobaczyłem nasze dzieło w sklepie dla lubiących pachnieć inaczej i rozpłakałem się patrząc na niezwykły syf jaki wyszedł z moich rąk. Zapaliłem papierosa, powiedziałem - nigdy więcej. Potem oczywiście wyprosili mnie ze sklepu za palenie.

"Ale Mateuszku, przecież to Twoje zasrane życie! Nam się gazetka podoba! Przecież są tam cyferki i ładne kiełbaski i takie tam takie.". Rozumiem. To znaczy, jestem w stanie to zrozumieć. Wyobraźmy sobie jednak świat pełen estetyzmu. Reklamówek tworzonych na miarę Ferrari, książek drukowanych na cudownym 250gr papierze zdobionym przez arcymistrzów typografii, genialnie zaprojektowanych materiałów propagandowych i eksplozji barw oraz kontrastów na każdym kroku!

Trudne prawda? A to wszystko przez niedorozwiniętych wykształciuchów, którzy nigdy nie palili doładowanego Marlboro stojąc przed galerią i rozmawiając z artystami o tym co pili i brali podczas procesu kreatywnego. To rozwija wyobraźnie, daje do zrozumienia dlaczego proces generowania sztuki niszczy wątrobę i dlaczego należy traktować go z szacunkiem.

Poniosło mnie. Wybaczcie. Idę kupić fajki 

piątek, 4 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Druga

Przy dymku poznaje się intrygujące jednostki. Nastoletnie dziewczynki, zawodowych alkoholików, studentów - wiecie o co chodzi. Mam w głowie kilka opowieści alternatywnej treści. Część zachowam dla siebie, ale na pewno te lepsze opiszę ze szczegółami na miarę Krzysztofa Ibisza (tylko bez opisów swojej klatki).

Podróże z gwoździami


Uwielbiam podróżować pociągami. Ciuchaje to najfajniejsza rzecz jaką wynaleźli ludzie, może z wyjątkiem zupek błyskawicznych o smaku proszka do prania. Podróż z przędnością 30km/h w ciemnym busze gdzie nawet Plej nie ma zasięgu bywa niezapomniana. Jechałem do Katowic (nie po dziś co mnie do tego zmusiło) odwiedzić znajomych w ramach organizacji imprezy dla niewyżytych gimbusów w ilościach przekraczających ludzkie pojęcie. Wagony zajebane jak kościół w Zamościu w niedziele i byłem zmuszony zostawić bagaże w przedziale i udać się do kibla - oczywiście zapalić. Spotkałem tam grupę ludzi, już dobrze rozkołysanych po kilku browcach i przejeździe przez Radom. 

- Można zapalić?
- Jasne! Masz browarka? Mamy całą kratkę.
- Mam, mam. Nigdy nie jadę na sucho w te okolice.

Kłamałem, nigdy nie jeżdżę w te okolice.

Grupa wsparcia sedesowego składała się z trzech dziewczyn i dwóch gości. Porządnie ubrani - koszule z demobilu, glany i nieodłączne tanie wino. Zagadałem do dziewczyn. Okazało się, że mieszkam z jedną przez płot (tak się zbiegło, że z jej siostrą potem kręciłem, ale o tym innym razem). Jeden typiarz miał, aby nie skłamać, dwa i pół metra w górę. Opierał się o umywalkę przytrzymując głową sufit i podtrzymywał glana na sedesie żeby woda nie chlupała nam na mordy. Kumpel od zaraz. Paląc papieroski gadaliśmy o pierdetach, nic ciekawego. Większość czasu patrzyłem na drzwi między wagonami, które otwierały się i zamykały według własnego uznania. Zastanawiałem się czy chcą mi przekazać wiadomość w stylu "No chodź, pokaż jaki jesteś mocny i wsadź między nas łepetynę". Spryciarze.

Po dwóch godzinach i kilku piwach czuliśmy się na tyle zajebiści, że wyciągnąłem markery i dałem wszystkim do pomalowania zasyfiałego wagoniku. Radosnej twórczości nie było końca. Powstały w kilka minut genialne okrzyki typograficzne w stylu "Nie mam kasy, bo jadę na Mazowieckim". Kto przeżył tyle wiosen z siarą co ja, ten zrozumie.

Wysiedliśmy w Katowicach, papatki, całuski, długa do tramwaju i impreza do białego rana. Praktycznie nic nie pamiętam. Pamiętam, że nie piłem. Od tamtej pory omijam Katowice szerokim łukiem. 

------ 

Pewnego trzepiąc piwka na terenie sportowym pewnej znanej warszawskiej uczelni, stwierdziłem, że wracam do domku, bo zaczęło się delikatnie ściemniać (na niebie, nie przed oczyma). Przystanek autobusowy rozkładał się nad moją głową od natłoku procentów w atmosferze, sponsorowanych przez lokalnych dokształciuchów. Nagle, dwie niewiasty w wieku pozwalającym na stwierdzenie czy to chłopak, czy dziewczynka grzecznie zapytały:

- Masz ognia?
- Jasne - podpalam im fajki i przy okazji sam zadymiłem.
- Idziesz z nami na ognisko? Jest tu niedaleko i się zbieramy z ziomkami.

Jasne, czemu nie. I tak nie miałem nic lepszego do roboty. Ziomeczki okazali się abs'ami bez widocznego zarostu z racji bardzo młodego wieku. Tematami rozmów podczas wyprawy do miejsca docelowego, które jak Boga kocham było oddalone w pizdu od cywilizacji i zdrowego rozsądku, były imprezki, najebanka, wsuwanka w dziewczynki i inne dres historyjki.
Nie będę kłamał. Miejsce ogniska było taką dziurą, że sam Mefistofeles oddałby miejscowemu menelowi portfel
na patyku. Weszliśmy przez bramę, ujrzeliśmy maleńki płomyczek z grupą niedorobionych nastolatków. Obściskali mnie dokładnie i dali najlepszy prezent dla podchmielonego człowieka - flaszeczkę w jedną rękę, a w drugą topór i krzyknęli żebym się dobrze bawił.

Impreza się rozkręcała, rozpaliłem sziszę z naturalnym wkładem, porzucałem toporkiem, postrzelałem z łuku 
w powietrze i ogólnie git majonez. Nagle, prawdopodobnie najmłodszy z całej grupy dzieciak wyciągnął dropsy i wcisnął sobie je w gardło z przędnością zaawansowanego ćpuna. Pół godziny później przyjechał samochód. Dziewczyny powiedziały, że muszą z nim lecieć do szpitala, bo zaraz przestanie oddychać, czy coś w tym stylu. Buzi buzi, papatki, impreza trwała dalej.

Dalej dokładnie nie pamiętam co się działo. Obudziłem się w namiocie z kilkoma ludźmi, cały przesiąknięty dymem, alkoholem i wczorajszym deszczem. Aparat się zepsuł, telefon działał. Wyobrażacie sobie to dzisiaj? Ładnie powiedziałem pa i już więcej ich nie widziałem. 

środa, 2 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Pierwsza

Stało się. Rzucam palenie. Nie jestem pewien czy to postanowienie noworoczne, ogólną modę czy stan portfela, ale fakt jest niezaprzeczalny – przestaję ciągnąć gwoździa. Kilka lat puszczania dymka dało mi wiele niezapomnianych przeżyć. Nie to, że były fajne, raczej ekscentryczne, ale co dobre musi się kiedyś skończyć. Tak więc, zacznijmy.

Dzień pierwszy – czyli przytłoczenie


Dzień jak każdy niedługo po sylwestrze – ortodoksyjny. Wstałem wraz ze wchodem słońca czyli koło 8mej rano budzony przez dwa budziki, które nakurwiały przez bite pół godziny jak stara baba na giewoncie skoro świt. Udało się, podniosłem powiekę, chlupu chlupu, piju piju i mogę ruszać dalej.

Podróż ogólna. Smród połączony z brzydotą Warszawy przypomniał mi czemu nienawidzę tego miasta oraz wszyscy bezdomni, z którymi jak co rano witam się środkowym palcem i buszkiem między przechlane ślepia. No tak, rzucam palenie, ale ten papieros to jeden z trzech, które mam przydzielone na każde płuco. Ot tak żeby nie zacząć pluć krwią z braku nikotyny.

Przebrnąłem, jestem w pracy po lekturze Vice, wkraczam niczym młody bóg piętnaście po 9tej i oczom nie wierzę – nikogo nie ma. Spodziewałem się opierdolu na skale globalnego przykurwienia, a tu nic, zero, że-nu-ła. Kilka słów, siadam przed pseudo komputerem, witam się z armią zbawienia działu deweloperów i przeglądam Front Army (zawsze na wypadek gdyby ktoś pomyślał, że jestem gejem).

- Siema Mate! Choć zajarać!
- Rzuciłem.
- Pierdolisz kurwa, chodź zajarać. Nie pierdol i chodź.
- NIE. Muszę pracować.

Nic do pracy nie miałem, oprócz czytania maili z pogranicza życia i śmierci, „Ten projekt musi być dziś! Dziś ma być ten projekt w projekcie z projektem z projektu w formacie ASAP”, mniej więcej. No to gitez, Facebook w ruch, obciążenie łącza 90% + torrenty (na wieczór) i tango asapolka do 12tej. Wszyscy zadowoleni, że Mateusz pracuje – gwiazdor, złoty chłopach, nadzieja Interaktywnego działu. Codziennie te same muzykalne słowa „Masz robić dobrze i szybko, a jak nie to będzie źle!”. Wiem, że mnie lubią, bo mało biorę do łapy. W ogóle nie biorę, a to ewenement w moim zawodzie. Jak kreatywny projektant ma być kreatywny bez skręta i polipa w żyle, no jak? Zostaje alkohol i seks. Nie piję, dziewczynę rzuciłem. Jestem w dupie.

„Piękny projekt Mateusz, znowu będziemy w dupie przez Twoje gradienty”, zawsze sobie to powtarzam przed odpaleniem fotoszopa, bo czemu mam być kreatywny skoro mam być miły i skuteczny. Miły na pewno nie jestem. Wszyscy mówią, że mam się powiesić albo spierdalać, co mi odpowiada (im troszkę mniej bo tylko kiwam głową z bananem na twarzy).

W końcu obiadek i 2gi fajek. Naładowany kebabem i nikotyną na 3 buchy odwalam yogę z myszką, aby nie słuchać trafika, która patrzy się na mnie jeszcze gorszym wzrokiem niż alkoholik bez spiritusu - co oznacza, że trzeba się starać. Zawsze. Muszę tą dziewczynę pochwalić. Genialne pomysły, dobry copy rajting i najgorszy trafik jaki spotkałem w życiu, ale skuteczny. Dzień bez kurwy dla niej to jak jogurt bez truskawek – nic nie warty.

Oho, komentarz na fejsie. Odpowiedź „Nie palę już”. Wracam do pracy.

Dziesięć kolejnych mejli, lanie oranżady, kołowrotek uczuć, piękne zakończenie niczym bukkake i mogę iść do domu. Kolejny papieros, precel z kumplem, który uratował mnie od zaśnięcia na centralnym i dzida do domu.

Współlokatorka jak zwykle zadowolona z życia, nigdy nie wiem czemu. Wszyscy sądzą, że ze sobą sypiamy, też nie wiem czemu. Wspaniała kobieta, inteligentna, gadatliwa jak kataryniarz na starówce (co jest plus, nie ma co się obrażać)
i pełna wdzięku.

- Coś się pali, czuję coś.
- Nie, nic się nie pali – odpowiada.
- Przecież czuję! Coś się jara!
- No nie – olała mnie.
- Włosy przypaliłaś?
- Spadaj!

Trzymała nóż i siedziała przed laptopem z pozycją jakby miała go szlachtować. Zrobiłem zdjęcie rzecz jasna, bo to moje hobby – robienie zdjęć ludziom, który tego nie chcą.

Rozmowa się chwile ciągnie, wracam do siebie, przeglądam znowu Vice, bo nie skończyłem czytać poradnika ukrytego alkoholika i czekam na majle od klientów. Patrzę się tępo na paczkę papierosów i popielniczkę. „Czy myślisz o tym samym o czym ja myślę moja droga? Chcesz abym Cię rozpalił i wsadził do ust?”… Muszę się jednak położyć.

 
 
Copyright © Mr Staniszewski
Blogger Theme by BloggerThemes Design by Diovo.com