piątek, 31 maja 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Dwunasta

Tak mi przyszło do głowy – Jakim osobnikiem płci męskiej, byłbym gdybym nie został projektantem. Chodziło po czerepie przez 15minut i nie mogłem dojść do porozumienia z własnymi myślami. Otóż w szkole zawsze mi mówiono, że będę nikim. Ale tak serio – absolutnym zerem, nawet bycie sprzątaczem ogrodowym na Kolskiej, wychodziło ponad moje możliwości.
Nie mówię, że jestem gwiazdą, ale mam te 25 wiosen na karku i bogate portfolio w doświadczenia, o którym część osobników z mojej młodości teraz tylko marzy. Tak więc, że kim być, jak nie artystą?

A co gdyby nie to?


W ciągu tych kilku, niemiłosiernie bzdurnych minut, otrzymałem zaskakującą ilość odpowiedzi na to to pytanie. Po pierwsze na pewno nie pisarzem (bo sami wiecie jak piszę). Na pewno też nie naukowcem, bo na 99% pracowałbym nad sześciocyckowym androidem. Pozostały mi następujące opcje:

Kucharzem w Sfinksie
Ci, którzy wiedzą, to wiedzą – gotowanie to moja mini pasja. Uwielbiam robić kurczaczki w sosikach i babeczki z ekstazą. Myśl o zawodowstwie była i jest zawsze kusząca. Pracowałem swojego czasu w kawiarni, która na nieszczęście wszystkich mieszkańców Warszawy, znajdowała się obok Sfinksa (tego najgorszego z najgorszych). Odwiedzając tam ziomali i prosząc o lód albo mleko, miałem okazje dokładnie przyjrzeć się, jak kucharze strzepują resztki petów do zup i plucie do mięsnych dań. Pomyślałem sobie, że to idealne miejsce dla kogoś takiego jak mua! Olbrzymia satysfakcja płynąc z przygotowania idealnie naleśników, a następnie dodatnie specjalnego składniku, zawsze była kusząca.

Sprzątacz pokojowy
Mój dobry znajomy zarabiał miliony dolarów sprzątając biurowce w auslandach. Był tak bogaty, że mógł rzucić pracę i dostawać trochę mniej na zasiłku, reperując stare bryki i żyć w luksusie. Praca marzenie, bo gdy coś znajdziesz to już twoje – tj. ginie w nicości twojej kieszeni. Nie mówię, że bym kradł, raczej znajdował i nie oddawał. Dodatkowo sprzątałbym tak, że zawsze dostawałbym kasę za nadgodziny w ramach tego, że pracownicy niesamowicie syfią. Biznes taki, że żyć nie umierać.

Nauczyciel
To jest jedna z tych rzeczy, którą zabroniła mi mama. Gdybym powiedział jej, że mam do wyboru zostać alkoholikiem/ćpunek/żigolem albo nauczycielem – zgodziłaby się na te pierwsze. Ciężką ręką niszczyłbym duszę młodych ludzi, zadając pytania „Jak żyć?” bądź „Ile Michał kupi towaru?”. Nikt przy zdrowych zmysłach w szkole, nie potrafi odpowiedzieć na te pytania i pały sypałyby się jak pojebane. Dodatkowo prowadziłbym niezliczone kółka naukowe o tematyce „Ile za ten pils”, „Masz godzinę na zdobycie kafla” i oczywiście „Jak wyciągnąć kasę na fajki od starych”. Młodzież dzięki tym aktiwitiz, idealnie wpasowałaby się w dorosłe życie – i przestała pierdolić od rzeczy.

Roznosiciel pizzy
Pizza za darmo. Kocham pizzę. Koniec tematu.

Alfons lub właściciel klubu
To chyba proste – gdzie dupeczki tam jest kasa. Idealny sposób na życie kogoś, kto nie wie kim być w przyszłości, bo liczy się tylko teraźniejszość i najbliższe 5 godzin imprezowania. Siedzieć w swoim pokoiku, rozdzielać banknoty od staników i patrzeć jak młodzież się bawi. Wszyscy zadowoleni i syci.

Kierowca ciężarówki lub innych samochodów
Wyobraźcie sobie, że jedziecie 20 tonowym potworem po niemieckiej autostradzie z wielkim bananem na facjencie, myśląc o kasie jaką dostaniecie za 4 dni omijania innych tirów. Drugą opcją jest stworzenie floty przewożącej samochody z Ukrainy do Polski. Wszystko leganie i z prędkością ponad 150km/h. Ew. zostanie szoferem ambasadora – wtedy to poniżej 200 bym nie schodził z licznika. Po latach jazdy za kółkiem, zostałbym kierowcą rajdowym i zbierał oklaski za ultra niebezpieczną i szybką jazdę po polskich drogach. Marzenie każdego dorastającego chłopca.

Na moje nieszczęście zostałem dezajnerem. Czasami mnie to boli, czasami nie, czasami coś innego, ale zwykle boli. Ku zaskoczeniu pedagogów tacy ludzie jak ja mają szansę w dorosłym życiu. Być może dlatego, że olałem szkołę i zająłem się tym co ma sens? A, z polskiego miałem zawsze dwóje. Ale to by się zgadzało.

piątek, 17 maja 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Jedenasta

Od kiedy pracuję na swoim, mam absolutnie niestandardowe godziny pracy. Mówiąc otwarcie zaczynam pracę kiedy chcę byle zmieścić się w terminie. Dzięki temu mogę poruszać się po mieście w godzinach dla normalnych ludzi niedostępnych (tzw. pracujących) i np. kupować klapki o dziesiątej rano w Niu Jorkerze. Wiążę się to z efektami ubocznymi – spotykam ludzi podobnych do mnie, czyli takich co mają wyjebane i gardzą standardem from najn to fajw pi-em.


To o czym wszyscy marzymy



Na ten przykład, zwykle wychodzę z mojej pieczary po papieroski i zasuwam w kapturze, ze słuchawkami w uszach, te niecałe 200zł do najbliższej Gadziny, modląc się aby nikt mnie nie zaczepił. Jeżeli mam szczęście to spotkam ekspedientke, która ma mnie głęboko w poważaniu i przekaże szlachetną trumienkę z gwoździami za 12,90 złota. Lecz, jeżeli w ramach żartu wszechświatu, będzie ta baba, która zawsze lubi sobie żartować z tego co kupuję, to staram się z przyklejonym uśmiechem numer 5, przytakiwać i odpowiadać głoskami łagodzącymi (ą i ę). Zupełnie jakby nie miała nic lepszego do roboty tylko wkurwiać ludzi, którzy mają mordy jak pół nieszczęścia. Obiecuję sobie, że kiedyś w napadzie frustracji oznajmię, z moim firmowym jokerem na twarzy, że ładnie jej z tą nadwagę i wąsami pod nosem. Ale to kiedyś.
Jest jeszcze jedno miejsce, które przyprawia mnie o ciarki. Telepizza, do której chodzę co piątku na ultra obleśny kawałek ciasta ze skrawkami – to miejsce ma coś w sobie mistycznego. Niby przytulnie, VIVA gra, ludzie wpierdalają przypaloną mąkę, a pracownicy, niczym z filmu Tima Burtona, mają akcent i charakterystykę żywych trupów. Polecam.

Odsuwając się od gastronomi – ulice Warszawy w okolicach godziny 12tej mają unikalny urok. Poranni alkoholicy już naładowali pozytywnym spiritem, nieletnie nastolatki szaleją po sklepach, a matki z dziećmi wpierdalają się do tramwajów. Ulubionym elementem tej układanki są osobniki kręcące się bez wiary po sklepach, którzy ewidentnie są na pierwszym urlopie od dwóch lat i nie wiedzą co zrobić z nadmiarem gotówki. Zamiast Kanarów – fantastyczne nowe spodnie, które pasują im jak pięść do twarzy. Uwielbiam również rodziców z bachorami w Saturnach, którzy chcą wynagrodzić swoim pociechą absolutny brak ambicji, marzeń i lęków, kupując lustrzanki za cztery patole – bo dziecko musi mieć pasje w życiu. To nie jest mój wymysł. Jakoś przed przed wczoraj widziałem takiego tatuśka z córeczką, która zamiast ajPada dostała Canona D60. Nie wiem jak będzie sobie tym robiła zdjęcia w kiblu, albo w Lustrach - naprawdę nie mam pojęcia.
Rzeczą nieodłączny, gdy kręcisz się wokół złotych tarasów, są sępy fajkowe. Niczym drapieżne zwierzęta namierzają cel i mkną w twoim kierunku. Chuj, że masz kaptur, słuchawki i torby wyjebane za kolana – „MASZ SZLUUUUGA?!?!”. Tak. Mam też nerwice.

Przy okazji, dziś wybrałem się do mojej eks agencji, podpisać kilka papierków i ładnie się uśmiechnąć do wszystkich. Ku mojemu zdziwieniu, drużyna kreatywna doskonale się bawi – tj. nie pracują. Zastanawiam się, czy jest to spowodowane okresem majówkowym, czy ich cudownym żartem w stylu „Ej, ten cwel zaraz będzie! Pokażcie mu, że jest zajebiście i mamy wyjebane!”. W nic nie wierzę, już. Nawet we Świętego Mikołaja.

Tak czy inaczej, wracam do patrzenia się w sufit z przekonaniem, że jutro wstanę o 12tej z zaklejonymi oczętami i, że nowa płyta Daft Punk’u to jakiś ich spóźniony żarta na pierwszego kwietnia, a nie real thing.

piątek, 19 kwietnia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Dziesiąta

Są te cudowne momenty w życiu kiedy zamknięty w sobie krzyczę „zabijcie mnie, błagam Was, bo roztrzaskam komuś głowę o styropian”. Nie jest to częsty proceder, lecz gdy nadchodzi, nieuniknięte są efekty uboczne. Zaczyna się od braku ochoty na to co się wokół mnie dzieje – czyli życie. Spowodowane jest to klientami, którzy najwyraźniej sądzą, że mam za dużo czasu i za wysoką samoocenę, gdyż starają się zapętlić moje dni w bezkresnym chaosie. „Robisz coś? Bo jak nie to może coś dla nas zrobisz” – jasne, że tak! O ile dostanę od Was jakąkolwiek informacje czego Wam potrzeba, bo puszczanie koncepcji w eter, aby mieć pewność czy zachowam się jak karetką pogotowia ratunkowego (tzn. przyjadę w ciągu 4 minut, a nie 12tu), jest irytujące.


No bo wiecie. Agresja.



Trudności zaczynają się, gdy dowiadujesz się o znikomym sensie przedsięwzięcia. Na ten przykład jest to ulotka, którą niepełnosprawne dziecko zrobi w Pejntcie w czasie 10 minut. Nie wiem, czemu w takim razie jest Wam potrzebny profesjonalny grafik, którzy (o matko, co za niespodzianka!) bierze za to pieniądze. Ku rozszerzenia świadomości - za samo otworzenie Photoshop’a 100zł. Kolejne 100zł za stworzenie dokumentu, a następne każdorazowy ruch myszką po 1zł. Tak więc, NIESPODZIANKA! Wiedza na ten temat i pewne obycie kosztuje. Licząc tak na głupi rozum, aby taki ktoś mógł zrobić ładny i profesjonalnie wyglądający projekt, potrzebuje minimalnie 17520 godzin, w celu wyszkolenia swojej percepcji w tym kierunku. Wiecie ile podczas tego procesu zostało wypitych setek i spalonych fajek? W przeliczniku moim – Nissan GTR! Weźmy też pod uwagę, że taka osoba musi mieć swoją piękną muzę (dziewczynę albo chłopaka), na którą musi wydawać pieniądze, bo jak nie kupi się jej nowych bucików, to puści człowieka bokiem. TAK JEST!

Nie przepadam też za słowami otuchy typu „następne zlecenie będzie lepiej płatne, gwarantujemy!”. Moja babcia mi gwarantowała, że nigdy nie umrze i co się z nią stało? Umarła! Kolejna niesamowita tajemnica wszechświatu. Za każdym razem, gdy ktoś mówi coś takiego profesjonaliście, on w myślach dusi małego słodkiego kotka. No może nie kotka. Żabę.

Jest to odrobine monotonne, bo powyższą formułkę układam sobie w głowie, za każdym razem gdy czytam kolejne maile. A co do maili…

Mr Staniszewski :),

obejrzeliśmy Twoje portfolio i zastanawiamy się czy chciałbyś z nami współpracować? Czy zajmujesz się także kodowaniem grafiki? Więcej szczegółów odnośnie tego kogo poszukujemy i co potrzebujemy znajduje się w tutaj:

www.nedznafirma.pl

W razie pytań, pisz lub dzwoń.

Pozdrawiam,
Kasia

Odpisałem:

Dziękuję serdecznie, cieszę się, że portfolio się podoba :)

Niestety zajmuję się tylko projektowaniem od strony graficznej. Nadrabiam to umiejętnościami animacji flash i doświadczeniem w moim rzemiośle.
Z przyjemnością rozpocznę z Wami współprace w tym zakresie, oczywiście jeżeli jesteście nadal zainteresowani.

Pozdrawiam,
MS.

I otrzymałem:

Mateusz,

rozumiem, dzięki za odpowiedź. A może znasz kogoś kogo mógłbyś nam polecić kto zajmuje się zarówno designem jak i kodowaniem grafiki?

Z góry dzięki.

Pozdrawiam,
Kasia


Oczywiście roześmiałem się niczym Hannibal nad wątróbką. Tacy ludzie praktycznie nie istnieją. Tzn., jeżeli istnieją to doskonale się maskują ze znanych mi powodów, albo pływają na swojej łódce po Karaibach.

Ludzie, trochę godności.

Dobranoc. 

środa, 10 kwietnia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Dziewiąta

Ja przepraszam. Wiem, że mam wielkie grono fanów, którzy codziennie, mówią mi „Mateusz, weź ogarnij się. Nie pij tyle”, ale cóż. Jak wiecie, wena to dziwka – jak jest to wysysa z Ciebie wszystko, jak nie ma to starasz się zapić tęsknotę. Niezwykle mi przykro oznajmić (patrząc w prawo na stos felietonów), że nic nowego nie mam. Ale, aby Wam nie było boleściwo, napisałem to oto to coś.
Czytać.

W moich snach


Nieodłączną częścią mojego życia jest sen. Gdybym miał wybrać między najpiękniejszą blondynką na ziemi, a łóżkiem – prawdopodobnie wybrałbym blondi, a potem materac. Ważne jest, że co wieczór przed wtuleniem łepetyny, w śmierdzącą od fajek poduchę, zastanawiam się, co znowu mi odbije i dlaczego podniosę ślepia spocony, lub z kolejnymi śladami po walce ze ścianą. Przypuszczam, że jest to mocno powiązane z moim pierdolnięciem i wyniszczającym wątrobę trybem życia, jednak nawet absynt, nie daje tego, co aktywny dzień wśród społeczeństwa.

Zacznijmy.

Case’u numer 1: Mój kot to krewetka.
Tak, zgadza się. Mój czarny, porąbany, wykastrowany kocur, jest krewetką. Tzn. nie do końca - jest kotem, bo ma te wszystkie kocie rzeczy, ale jego rodzice to wielkie krewetki. GIGANTYCZNE. Zawsze kiedy spotykam tego futrzaka, one są w pobliżu i chcą mnie zabić, za to, że zabrałem ich ukochane dziecko. Nie dość tego, potrafią syczeć i mlaskać, co mogę zakwalifikować do rzeczy „Obfitych w kakofonie mięczaków”. Niespodziewanie, kot ma przyjaciela – psa zamrożonego ciekłym azotem, który gdy rozpadnie się na części, zaczyna się czołgać.

Case numer 2: Wszystko wybucha podczas inwazji robactwa.
Mam świra na punkcie robaków. Nie to, że ich boję – mają na moją psychikę intensywny wpływ. Zawsze, gdy pojawi się w moim limbo owad, wiem, że mam przesrane. Zaczynają się mnożyć i rozpierdolać wszystko na około (chyba, że jestem jednym z nich, wtedy obserwuję z pozycji chrząszcza całą rozwałkę). Apokalipsa niczym za czasów faraonów. Rzecz jasna, jeżeli jeszcze nie zabiły wszystkiego na swojej drodze, to wiją się w małych pomieszczeniach lub basenie, w który sam Pudzian krzyczałby jak dziewczynka. Gorzej, gdy okazuje się, że robactwo wychodzi Ci z przedramion i wszystkich możliwych dziurek. Mam wtedy ochotę krzyczeć „Motyla noga!”.

Case numer 3: Jeste Robote.
Nie do końca robotem – nawet nie robokopem, lecz raczej vir machina. Na ten przykład, posiadam wbudowane porty od konsoli do gry w brzuchu. Na pytanie „Po co Ci to”, nigdy nie umiem odpowiedzieć, ale wiem doskonale, że musieli amputować palec u nogi abym był szczęśliwym posiadaczem, bezużytecznej elektroniki w moich trzewiach. Być może połączone jest to w jakiś sposób z tym typem, który zawsze jak się pojawia, to mnie budzi (nie, nie mowa o mojej byłej). Wielka tajemnica.

Case numer 4: Nie mam żył.
Ten efekt specjalny powtarza się zwykle po maratonie z wyznawcami sztuki wu-dzitsu. Nieodłącznym snem po kilku litrach kiepskich drinków jest absolutny brak wnętrzności, w tym żył. Zwykła woda w środku i ew. kości. Niezaprzeczalnie miało to swój klimat na samym początku, ale jak wiemy - co nas wkurwia na co dzień, zaczynamy akceptować i teraz, gdy wyciągam korek z nadgarstka i zerkam do środka, wiem czego się spodziewać. Cyrki zaczynają się, gdy całość łączy się w kombosie zwanym „Musisz zdjąć tą twarz”, i w ten jakże magiczny sposób znajduje robaki pod skórą. Boże, za co.

Case numer 5: Wszystko jest grą.
Planszową rzecz klarownie jasna. Każdy ruch jaki wykonuje, rozgrywany na wielkiej planszy, może spowodować, że mogę spowodować się np. przybycia pterodaktylów lub (o zgrozo), wieścią, że zostałem ojcem. Czysta ruletka, której zwykle towarzyszy zombie dziewczynka oznajmiająca nadejście kataklizmu. Deszczu żelek jeszcze nie było, ale co noc na to liczę.

Case numer 6: Wszyscy są ćpunami.
To tylko rełańd dnia, dalej.

Case numer 7: Szkoła.
Twórcą najdoskonalszych horrorów nie śniły się takie obrazy. Wyobraźcie sobie, że wracacie do szkoły - liceum. Wszyscy tylko kują, zasuwają jak w KejeFCi i robią oczy gfy mówisz „ale ja już dawno skończyłem tą szkołę”. Nie ma skurwysynie, kujesz z nimi te bezużyteczne pierdoły. Nagle nadciąga apokalipsa zombie i jest wszystko w porządku – nieopisana ulga i radość, że nie musisz siedzieć przy ławce i uczyć się o najwyższym szczycie Mongolii (Chuj-ten, tak na marginesie).

Case numer 8: Podróż Warszawskim metrem.
Jako wizjoner, niczym Sztiw Dzobs, rozwijam w myślach wspaniałe możliwości rozwoju naszego stolniczego (stołowego?) transportu, który tak uszczęśliwia biedne słoiki. Jednak, to też, ponieważ moje mniemanie o Warszawskim transporcie miejskim, jest jakie jest, tak oto metro jest nieskończone i często brakuje schodów, pociągów, a nawet torów. Dodatkowo podczas jazdy można swobodnie wyskoczyć i wskoczyć do drugiego pociągu, jadącego z naprzeciwka. Takie rozwiązanie akurat jest supcio. Dodatkowo kuriozalne ceny biletów i kanary, którzy strzelają do Ciebie z AK47. Przyszłość.

Tyle. Psychika siada od samego myślenia o tych epickich bazgrołach. Wkrótce napiszę coś konkretnego, a obecnie – idę zapalić.


poniedziałek, 4 marca 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Ósma


Wiecie co jest zabawne? Jak ludzie zmieniają podejście do twojego życia. Najpierw jesteś grzeczny, miły, uprzejmy, a z czasem stajesz się totalnym skurwielem, który nie wie co ze sobą zrobić w piątkowy wieczór - to znaczy, czy zachlać się na śmierć, czy czytać literaturę koreańską. Fakt jest tylko jeden - ludzie nas zmieniają. Mnie osobiście zmieniają dziewczyny, bo kto może mieć na Ciebie większy wpływ niż piękne oczy, delikatny głos & pejr of grejt tits. Nie ukrywam, że to właśnie przez dziewczynę popadłem w ten obrzydliwy i degresywny nałóg (mowa o papierosach, nie heroinie.
Tak mamo, nigdy nie byłem bliski złotego strzału).

Bo miłość wymaga poświęceń


Było to wieki temu, za górami i lasami. Koło roku 2006, byłem z niejaką nieletnią niewiastą, która uwielbiała palić papieroski. Ledwo co zaczęła brać tabletki antykoncepcyjne, a już uważała, że cały świat stał przed nią otworem.
Bez obrazy, uwielbiałem ją, ale z czasem dostrzegamy te małe ryski na czyjejś pięknej duszy, które pochłaniają nasz zdrowy rozsądek i przemieniają z maszyny miłości, w zwykłego wampira energetycznego. Więc, było fajnie. Bywaliśmy na koncertach, schadzkach alkoholowych, długich nocach bez majtek na naszych pośladkach. Nieszczęśliwie czułem się odległy, zawsze gdy ona zapalała tego gwoździa do swojej trumny. Musiałem zwyczajnie poczuć jak to jest - smakować jej usta bez posmaku popielniczki, więc stojąc na przystanku autobusowym w wiosennym świetle księżyca, wypaliłem swojego pierwszego papierosa. Nie zrozumcie mnie źle, palenie było też przepustką do zupełnie nowego świata plotek, historii i żartów na każdy temat, ale chwilowo była to karta wstępu do jej majtek. Wkrótce zerwaliśmy, a nałóg pozostał. Takież to smutne, że nie wiem co ze sobą zrobić - chyba aż zapalę. 

Lata doświadczenia nauczyły mnie, że papierosy i związki są bardzo złym połączeniem - niezależnie, czy pali tylko jedna strona, czy obie. W każdym przypadku kończy się to źle. Weźmy na ten przykład młodą panią, z którą biegałem przez kilka miesięcy po łączce, wieszając się na drzewie, licząc koniczynki i wypalając ponad paczkę dziennie, bo tak to już jest, że jak jednej stronie się skończy ramka, to druga poratuje. Każda chwila na powietrzu to wyjście na faja. Wybiera się lokale gdzie można palić i spotyka się z ludźmi głównie palącymi, bo przecież to głupie zostawić kogoś samego przy piwku tłumacząc się nałogiem. 

Destruktywnie połączeni nikotyną palili wszelkie mosty, zbudowane na zaufaniu i wierności, okazując niższość reszcie gości - tak ładnie się zrymowało.

Najgorszy jest jednak moment gdy nie ma magicznych patyczków. Trzeba lecieć szybko do sklepa i kupować - w wielu przypadkach było to ważniejsze nawet od gumek czy jedzenia, co dziś wydaje mi się tylko odrobine żałosne. Jednak związki są jak skręty - szybko się rozpalają i równie szybko wypalają. 

Za każdym razem gdy idę gdzieś z nowo poznaną dziewczyną i odpalam papierosa, a ona nie, grzecznie zadaje pytanie "Ty nie palisz?". Jeżeli niewiasta jest ogarnięta, to uderzy mnie w pysk, że aż wypadnie mi papieros z ust, na bezkres warszawskich chodników, a jak nie to powie "Nie, ale możesz przy mnie palić". Oczywiście szanuję je za każdy wybór. Gorzej jeżeli dziewczyna zdecyduje, że chce palić, bo ja palę - to chyba najgorsze z możliwych rozwiązań. Nie dość, że muszę patrzeć jak nieumiejętnie, rujnują swoje zdrowie, porządnie nie zaciągając się dymem papierosowym, to na dodatek są z tego dumne. Tragedia pełną parą, bo za bycie ciuchają, nie wpuszczą cię do raju! A przynajmniej do Sztarbaksu. Nie odbierajcie tego źle - nie palcie.
Palenie ma jednak swoje plusy. Możesz uciec od kogoś kogo, w danym momencie, nienawidzisz, na krótką chwilę. Miłość to piękna rzecz, jednak potrzebne jest pięć minut odreagowania, żeby nie powiedzieć całej prawdy, o kimś na kim
ci zależy. Na ten przykład: 

- Czemu nic nie mówisz?
- Muszę iść zapalić - wstaję i zakładam płaszcz.
- Pójdę z Tobą, przewietrzę się.
- Wiesz, że będę na Ciebie dmuchał dymem jak zwykle.
- Nie szkodzi, akceptuję Cię takiego jakim jesteś.
- A JA CIEBIE NIE! DAJ MI WYJŚĆ I ZAJARAĆ NA MIŁOŚĆ BOSKĄ!! 

I tak kończy się kilkuletni związek, bo ona jest neurotyczką, a ja szczerą osobą. 

Żałuję czasem, że nie jestem na tyle idealny żeby być perfekcyjny dla każdego, jednak jestem już taki, że muszę wyrzucić z sobie to co czuję w jakiś sposób. Niezależnie czy przez siwy dym tytoniowy, czy za pomocą gorzkich słów. Niekoniecznie teraz, już zaraz, ale w pewnym momencie - na pewno. Szkoda, że wyrzucanie z siebie pozytywnych emocji nie jest równie proste, bo byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie nie. Nie jestem.

czwartek, 14 lutego 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Siódma


Dziś trochę wyjątkowo z okazji walentynek. Opowiadanie o wiecznej miłości z hepi endem. Endzoj.

Tatuaż


Konferencje bywają okrutnie nudne, jednak ta była wyjątkowo odmóżdżająca. Szef zapewniał mnie, że zdobędę doświadczenie i nowych klientów będąc na tym wydarzeniu, lecz doliczyłem się kilku ziewnięć i darmowej wody w okolicach baru. 

- Idziemy później się najebać? - szeptał mi półgłosem Michał, który jakimś cudem jeszcze nie postradał zmysłów podczas przedstawienia nowych modułów sprzedaży.
- Czemu nie, i tak zostaję w tej zasyfiałej Warszawie do niedzieli.
- Oho! Czyżbyś miał jakieś plany na ten weekend? To coś zupełnie nowego!
- Bo chcę odwiedzić znajomych w rodzinnym mieście? Racja. 

- To gdzie zostajesz na noc?
- U starych, mam nadzieje, że mnie wpuszczą. W sumie nie mówiłem im, że jestem w stolicy. - odpowiedziałem opierając się łokciem o podkładkę żywca na obskurnym stoliku.
- Nie mieli przypadkiem wyjechać w podróż swojego życia? Do Bułgarii? 

Kurwa, czułem, że coś przeoczyłem. Wiedziałem już, że nie mam kluczy, więc sięgnąłem po telefon i zadzwoniłem do pierwszej osoby, o której się myśli po kilku dobrych procentach - do eks laski. Odebrała telefon, wiedziałem, że nie śpi o takich porach. 

"Jasne, wpadaj, tylko będziesz spał na podłodze albo ze mną, jeżeli Ci to nie przeszkadza. Całuski i paaaa" 

Zerwałem z nią zaraz jak uciekłem z Warszawy, czyli pół roku temu. Nie chciałem nic na odległość, ona też, więc jako tak, utrzymaliśmy mglisty kontakt. Pożegnałem się z Michałem strzelając lufe w pysk i wkrótce byłem przed jej blokiem. Zapyziałe okolice Woli. Aż dziw mnie bierze, że ktoś chce tu mieszkać, jednak ona to lubi - zawsze lubiła. Wlazłem po schodach ledwo łapiąc oddech i zapukałem spektakularnie w stare drewniane drzwi. Otworzyła je ciemno włosa, szczupła i nawalona dziewczyna, ubrana jedynie w majtki i koszulkę na ramiączkach, która ledwo utrzymywała pokaźne piersi. 

- Cześć Kotku, widzę, że już jestem w stanie. Chyba niepotrzebnie zakładałam majtki.
- Daruj sobie, i dzięki za lokum. Zapomniałem, że rodzice wyjebali za granice.
- Luzik, co moje to i Twoje, przecież wiesz.
- Jasne. 

Julia niewiele się zmieniła od czasu gdy ją ostatni raz widziałem, ewidentnie nie jest już ciemną blondynką z lekko kręconymi włosami. Nigdy nie była też grzeczną dziewczynką. Zeskanowanie mnie okiem zajęło jej mniej niż sekundę i już wszystko wiedziała o mojej przeszłości. 

- Chyba przybrałeś na wadze, w końcu widać u Ciebie policzki.
- Nareszcie ma za co jeść. Z dilerki i pracy w Mac'u średnio dało się wyżyć.
Zdjąłem buty i położyłem teczkę obok rozpadającej się szafy, w której wisiały w większości czarne ubrania. 

- Cieszę się, nareszcie nie będziesz się mi wbijał w miednice.
- Taa. To gdzie mogę się walnąć? Potrzebuje wytrzeźwieć do 12tej, mam spotkanie z Markiem i Anetą. 

Wkurzyła się tym pytaniem. Oczekiwała innych słów z moich usta, a dokładniej "Gdzie trzymasz gumki malutka"
i "Po co jeszcze masz na sobie ciuchy". 

- Na podłodze, przyniosę Ci śpiwór. 

Miałem dziwny sen. Byłem na stacji benzynowej, kupowałem fajki, mimo, że nie palę od kilku miesięcy, i zmierzałem do najlepszego lekarza od depresji w mieście, który ponoć potrafił modelować na nowo całe ciało. Wlazłem do gabinetu, lekarz z niewyobrażalnie wielkim uśmiechem po prosił mnie o spoczęcie na bardzo starym fotelu. Kazał mi się odprężyć i powiedział "To będzie bolało tylko ze względu na Twoją przeszłość". Chwycił moją rękę, otworzył ją palcami i zaczął wyciągać nerwy, zgrabnie odsuwając żyły i mięsnie na boki. "Widzę tu nieszczęśliwą miłość, kilka zgubnych chwil i parę błędów, ale da się wszystko naprawić". Uśmiechnął się od ucha do ucha wsuwając swoją dłoń coraz głębiej w moje przedramię. "To jest to. Znalazłem problem. Zaraz się go pozbędziemy!". Wyjął moje serce i pokazał mi dokładnie czarne miejsce. Zaczęło ropieć i gnić. 

Obudziłem się z bólem pleców - za stary się robię na melanżowanie. Głowa nie dawał mi spokoju. Słyszałem jak oddycha czajnik, a toster suszy włosy. 

- Chcesz coś zjeść? - przebiegła obok mnie półnaga Jula w kierunku kuchni. Zauważyłem, że ma nowe tatuaże, które były i tak już sporym dodatkiem do rękawów i niezłej kolekcji na pośladkach. 

- Czy to Damian na twoich plecach?
- Tak - wygięła się w nienaturalny sposób, aby sprawdzić czy na pewno. - Zrobiłam sobie go całkiem niedawno.
- Sypiasz z nim?
- Nie, już nie. Jesteś zazdrosny? 

Dedukcja nie wzięła się znikąd. Lubiła tatuować sobie swoich byłych. Nigdy nie wiedziałem czemu nie zrobiła sobie mojego imienia lub podobizny, nawet na małym palcu u lewej nogi - o to byłem zazdrosny. 

- Niby o co mam być? Twoje ciało, rób co chcesz.
- Wiesz, nadal mam dla Ciebie specjalne miejsce. - Usiadła na moich udach, wcisnęła biust w moją twarz, uśmiechając się swoimi uroczymi ustami i wlepiała błękitne oczy w moją ledwo widoczną facjatę.
- Muszę wziąć prysznic i uciekać, wybaczysz?


Wstała z mojego krocza przytrzymując się o moją głowę i machnęła ręką. 

Koło dwunastej pojawiłem się w umówionej kawiarni- znajomi już tam byli. Przywitałem się serdecznie, spytałem o samopoczucie, zamówiłem czarne americano i usiadłem. Rozmowa ciągnęła się głównie o pracy, nowych trendach w stolicy i rzeczach niewymagających użycia koncentracji, co na moim kacu było idealne. Aneta kończąc swoją kawę rzuciła tematem: 

- Słyszałeś, że Damian zaginął?
- Ten tłuścioch co ruchał moją byłą? Nie.
- Nie było o nim słuchu od trzech miesięcy! Nawet na fejscie nic nie pisał. To dziwne biorąc pod uwagę, jak lubił mnie wkurwiać swoimi komentarzami.
- Do tego nie odbiera telefonu... - wtrącił się Marek - . mam wrażenie, że wisi komuś kasę i musiał zniknąć na dłużej!
- Komu? Przecież kasy mu nie brakował z tych jego porno fotek - oburzona Aneta, wstała i poszła zamówić ciastko marchewkowe i zapłacić rachunek.
- Mówię Ci, wpadł w coś głębokiego. Również nie było wieści od Tomka, Alka i Grześka. Wszyscy jakby zniknęli.

Rzeczywiście to było dziwne. Dawno nie dostałem od nich żadnego głupiego albo zboczonego filmiku, nie mówiąc już o zwykłym "cześć" na Internecie. Pomachaliśmy sobie na do widzenia i poszliśmy w swoje strony. Była dopiero szesnasta więc miałem trochę czasu na zakupy i obiad. Zadzwoniłem do Michała czy jest jeszcze w mieście i chce coś wciągnąć nosem - zadowolony odpowiedział "No kurwa!". 

Było grubo. Nawet bardzo. Nie spodziewałem się, że maturzystki tak dobrze umieją się bawić w obecnych czasach. Nawet jedna pozwoliła mi wciągnąć węża z jej pośladków. Michał, człowiek z dzieckiem i żoną na stażu, wziął jedną do latryny i przeleciał, aż było ich słychać w Zamościu. Wróciłem na autopilocie do mieszkania Julii, otworzyłem drzwi kluczami które mi dała przed moim wyjściem i rzuciłem się na łóżko.
Wkrótce obudził mnie wilgotny dotyk jej języka w moim uchu. Szepnęła, że mam się nie ruszać i rozpięła mi spodnie. Wkrótce potem zaczęła mnie ujeżdżać jakby marzyła o tej chwili od dziecka. Nie protestowałem, byłem zbyt zniszczony wcześniejszą imprezą. Złapała mnie mocno za ramiona i przyśpieszyła, nie nadążałem świadomością. Wkrótce poczułem ból i ciepło, jakbym się rozpływał, a każdy nerw w moim ciele rozkładał się na kawałki i układał w inną formę. Odleciałem. 

Obudziłem się i wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie czułem rąk i nóg, nie słyszałem, a świat wydawał się rozmazany jakbym patrzył przez cienką tkaninę. Próbowałem krzyczeć, lecz żaden dźwięk nie wychodził z moich ust.

- Hej! Ty nowy! Widzę, że mamy nowego kumpla! - usłyszałem głos w głowie, nie wiedziałem skąd pochodzi.
- Co się kurwa dzieje?! Czemu nie czuję swojego ciała?!
- Spokojnie, to normalne, przyzwyczaisz się. Jesteś teraz jej częścią. Możesz z nią być już na zawsze. 

Nie rozumiałem o co chodzi. Czyżbym nie żył? Co się ze mną dzieje?
Wkrótce poczułem jakby ktoś przemył mi twarz ciepłą wodą. Zobaczyłem siebie w lustrze, jako tatuaż na brzuchu, zaraz nad pępkiem. Zrozumiałem wtedy, że stałem się jej częścią, a ona tak naprawdę nigdy się ze mną nie rozstała - czekała tylko na odpowiedni moment, kiedy do niej wrócę.

niedziela, 10 lutego 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Szósta


Wznosząc się o poranku pouczyłem pełnie życia. Cudowne powietrze przepełniało moje płuca dając poczucie spełnienia i dobrej energii, na życie wśród wspaniałych ludzi obdarowanych promiennym uśmiechem. Poczułem się jak nowo narodzony

Żartuję. Nadal jest chujowo. Ale są pozytywne informacje - wyzwoliłem się ze wszelkich racjonalnych emocji na rzecz stworzenia kreatywnego poglądu sprawach błahych i wyższej kreatywności. Dziś na ten przykład wybrałem się na Speed Dating. Wiem co powiecie, "żałosne i marne ścierwo z Ciebie Mateuszu". Otóż nie do końca!

Romansy bez szansy


Obudził mnie telefon koło 15tej godziny.
- Witam, czy będzie dziś pan o 18tej na Spid Dajtingu?
- Co? A tak, tak.
- To w takim razie do zobaczenia! 

Złapałem szybko paczkę fajek, wznieciłem żar i otworzyłem oczy. Miałem 3 godziny na zrobienie się na boskiego żigola, aby wypaść pozytywnie w oczach tych uroczych ludzi. Tak więc umyłem się i wyszedłem. Impreza odbyła się w kawiarni Dream Coffee (polecam, wyśmienite miejsce do strzelenia sobie w łeb). Otrzymałem plakietę z imieniem, przywitałem się uśmiechami, usiadłem z darmowym browarem i powstrzymałem się od komentarzy w stylu "Boże jak drętwo", "Wypuście mnie z tego dołu depresyjnego", "Dlaczego ja?" itd.. 
Cztery. Taki mi numer dali, jak w mordę strzelił. Cudowna liczba z reklamy Lotto sprzed paru lat, więc chyba powinienem się cieszyć, prawda? Po dłuższym patrzeniu się w ścianę usiadła przede mną kobieta. Nic nie powiedziała. Chyba mruknęła "cześć", nie jestem pewien. Po kilku łykach złotego płynu zaczęliśmy rozmawiać. O pierdołach, czyli moja działka, że wczoraj byłem w klubie, jakiś typ wmawiał mi, że jestem gejem i takie tam. Białorusinka uczciwie okazywała mną zainteresowanie, co było miłe, więc dyskusja ciągnęła się jak Lubella. Po chwili dzwoneczek - zmiana miejsc.
Młoda dziewczyna, która wyglądała jakby bez zioła nie ruszała się z domu. Przedstawiła się i zaczęła coś gadać o studiach, sesji i że takie tam - filologia polska.

Tutaj bardzo ważna informacji. Każdy, kto studiuje humanizm jest dla mnie ewenementem. Nie wiem co Was zmusiło do tego typu poświęcenia, ale tak szczerze. Nie.

Więc po pięciu minutach rozmowy o jej psie (bo przecież to takie intrygujące), zmieniliśmy stoliki. Świetnie, trafiłem na wyrafinowanego pracownika biurowego, który chce coś więcej od życia. Tacy ludzie zawsze są zaintrygowaniu moim style życia "Bo jak to? Nie chodzisz na siłke, tylko pracujesz i się bawisz?". No jasne! Uwielbiam wyjść na rower i popedałować w blasku zachodzącego słońca umacniając mój mięsień trójgłowy do granic możliwości, ale tak szczerze - nie zastąpi to dobrego zniszczenia się na kilka dni. Pogadaliśmy o moich znajomych, bo uznałem, że są ciekawsi od mojej skromnej osoby i jazda dalej. Następna pani nie dość, że uroczo się uśmiechała, pracuje również w miejscu imprezki! To wspaniałe, że nie lubisz filmów, bo ja je uwielbiam, są jedną z tych części mojego życia bez których absolutnie straciłbym resztę zdrowego rozsądki. Idziemy dalej!
Dziewczynka obcięta na grzybek. "Mateusz, nie możesz żartować z uprzejmych lubi, bo Ci przypierdolą", pomyślałem i przybrałem uśmiech numer 3. Rozmowa bardzo miła, o dupie Marioli. Gdybym był z nią w barze, pewno już dawno leżelibyśmy na stole i płakali nad stanem współczesnej młodzieży.
Kolejna pani nie mówiła praktycznie po polsku. 

No i tyle. Organizatorka poprosiła nas o zapisanie kontaktu do siebie i zostanie dłużej. Niedoczekanie. 

Myśląc na trzeźwo, muszę stwierdzić, że dobrze się bawiłem. Mogłem za te 25zł pójść do kina, wyjść z jakaś dziewczyną na browara, kupić proszek do prania, a tak sprzedawałem się garści ludzi, których za pewne już nigdy nie zobaczę.

No i w ten sposób idę zapalić. Au revoir! 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Piąta



Właśnie skończyłem przelewać rachunki na luty. Zapaliłem papierosa bo poczułem się jak po ostrym seksie analnym. Zostały mi raptem grosze na przeżycie w matropolijnej stolicy. Szczerze, kto przy zdrowych zmysłach chciałby żyć w tej dziurze? Ledwo starcza na fajki, a co dopiero jakieś konkretne so-do-ble z laseczką. I tak przez nałóg i codzienną potrzebę konsumowania kebaba, muszę dorabiać jak murzyn na różnych dziwnych zleceniach, bo inaczej gruz bym wpierdalał z piachem. Dodatki pensjowe to supcio sprawa - zawsze ratują dziurkę przed totalną degradacją. Nieszczęśliwie żywot na fri-lansie w naszym pięknym kraju bywa, że tak powiem, ortodoksyjny. Nie tylko trzeba się nauczyć robić ładnie i solidnie, ale również utrzymać uśmiech numer 5 od zlecenia do zapłaty przed klientem. Doświadczeni fani igraszek wiedzą co mam na myśli. Jest to ciężka i mało wdzięczna metoda na życie i zwykle
wiążą się z nią wręcz przecudowne historie.

Praca po pracy


Kilka lat temu otrzymałem z wielką łaską, niczym prezent za bycie ładnym i utalentowanym, niesamowicie kuriozalnego klienta. Człowiek z branży chuj wie jakiej. Robił wszystko. Handlował w aptekach, sprzedałem drukarki i jakieś środku dopochwowe. Zbiegiem okoliczności potrzebował właśnie mnie do wykonania dezajnów. Jakieś banerki, graficzki, takie tam z meblościanką w tle. Oczywiście jako młody i totalnie niedoświadczony projektant zgodziłem i tak narodziło się spotkanie w celu omówienia współpracy.
Randevu miało miejsce pod McD w jego samochodzie. Wzięliśmy po bułce z przepysznym serem cheddar i ogarnialiśmy się wzajemnie. 

- No, takich ludzi jak Ty nam potrzeba. Przykładasz się, jesteś w tym dobry i super!
- Dziękuje, staram się jak mogę - odpowiedziałem.
- No! Co do zapłaty, może chciałbyś laptopa?
- Eee, wolę gotówkę.
- Ale przecież laptop jest lepszy! Byśmy się mogli spotykać i robić WSZYSTKO na miejscu u mnie. 

Chciałem uciec od tego człowieka. Czułem się jak galerianka co miała mu zrobić gałę za laptopa. Szczęście, zgodził się na zapłatę w polskich srebrnikach i kampania ruszyłam. z bananami. Otóż klient chciał na stronie banerek z banankami. Ale nie takiego, że bananki są na nim, miała być to fontanna bananów wyciekająca z każdego krańca ekranu niczym erekcja u siedemnastolatka przed swoim pierwszym razem. 

Projekt został "zrobiony", więcej nie chciałem mieć z tym człowiekiem nic wspólnego, jednak jego wspólnik to zupełniej inna historia. Współpracował z nim kumpel (taki kumpel, ze niech go chuj strzeli). Współwłaściciel tego szamba przedstawiał się jako człowiek dobrze wykształcony, po chuj wie jakich szkołach i z jakimi doświadczeniami - artysta. "Kumpel" miał mu zaprojektować animowane logo. Takie żeby był na kulce i się kręciło niczym Mir wokół stanów zjednoczonych. Oczywiście porozumionko, ręczunie, będzie za tydzień.
W między czasie, dobra duszyczka zleceniodawcy podpowiadała jak to najlepiej wykonać projekt. Plan był prosty: kupić białą kule, wsadzić żarówkę, pomalować całość na biało, nakleić logo i filmować jak się kręci. Nosz kurdeczke, DaVinczi byłby w siódmym niebie! Zleceniobiorca oczywiście zrobił to w 3D, w kilka minut i cały misterny plan w pizdu,
ale kto co woli. 

Innym doskonałym ruchaczem była pewna pani, która twierdziła, ze należy tylko płacić za kreacje gdy kampania będzie skuteczna. I tak woziłem się z nią przez dwa miesiącem o zapłatę 300zł (!). Takich ludzi była i jest masa. Nie wspominając już tych elektryków z Gumtri, którzy uważają, że stronę da-bliu da-bliu robi się w jeden dzień w cenie 200zł. Tych koniowałów miałem zatrzęsienie niczym Hades po aferze w Stalingradzie. Wyobraźcie sobie następujące maile:

Witam srecznie serdecznie,
Nie mogę przyjąć pana oferty na stronę za 600zł, gdyż mamy człowieka, który robi nam strony za 100zł i to naprawdę świetnie!

Wizualizacja:


Jak pan widzi, niewiele to odbiega od pańskiego poziomu i nie mogę nawiązać współpracy przy takich cenach

Oczywiście nauczyłem się odpowiadać na następującego maila w dość prosty sposób:

Witam kurwa zajebiście serdecznie,
Przykro mi, że moje standardy odbiegają od państwa. Być może państwo się zastanowią nad współpracą? Jestem coś tam, gdzieś tam w Singapurze.

O zgrozo jak się zgadzali. Jedną stronę dla takiego fanatyka robiłem przez pół roku za marne 400zł, bez dodatkowego klapsa w dupę za udane wyruchanko. Być może nie chciał żebym liczył na więcej? Jego strata.
Obecnie, cztery firmy wiszą mi ponad 3000zł i wiem doskonale jak sobie z tym poradzę. Oleję ciepłym moczem, bo tak trzeba.

I zapalę kolejnego.

środa, 23 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Czwarta


Uwielbiam wydawać pieniądze. W dniu gdy zera na moim koncie rosną, staję się konsumencką dziwką. Wydaję złotą walutę do momentu aż czuję, że nie mam na jedzenie i fajki. Wtedy wydaję resztę fajsu na papieroski.
Taka jest prawda, nie potrafię się pohamować przed wydaniem, w mistyczny sposób, zarobionych pieniążków. Przypuszczam, że jest to defekt psychiczny, jednak uważam ten odchył jako samoobronę przed depresją przesyconego dezinformacją dzisiejszego świata. Tak, zgadza się, jestem odchylony jak ko-ni-su-i-da, podczas dziesiątki na Bałtyku, ale czy to złe? Uważam, że dzięki temu staję się w oczach ludzi bardziej oryginalny - fajki już nie pomagają, zostaje mi demencja.

Pomyślmy o sobie


Długo się zastanawiałem nad tym "Czy jestem normalny?", no bo bycie normalnym jest w modzie prawda? Ubieranie się jak inni, słuchanie tej samej muzyki, oglądanie tych samych gównianych filmów - wszystko to jest jak najbardziej ołkej w spektrum dzisiejszego świata. Więc tu się zgadzam, robię to co inni i też wyglądam jak miliony zjadaczy bułek w tym kraju, więc czym mogę się wyróżnić? Może sztuką? Niet, artysta ze mnie marny. Może myślami? Nie, nadal to samo. Lipa, mizeria i kluski w śmietanie.
Po długich oględzinach i dedukcji niczym Tomi Li Dzons, okazało się, że to sposób w jaki wyrażam się. Fonetycznie.
O słodka ironio, przecież to najważniejsze! Wyrażenie swoich dyrdymałów przez słowa! Niewymawianie "R" i kaleczenie polszczyzny przez unikanie ą i ę, jest jak zdrada stanu i postrzeganie spektralnej mojej dupy jako anormalnej. 

Kij Wam w oko.

Zmieńmy temat. Szybko.
Ostatnie kilka dni lecą mi jak krew z nosa. A raczej wódka niż krew, ale to tak na marginesie. Rzucanie palenie przestało być priorytetem, zstąpił go szkoła - bo muszę, ot co. Imprezowanie i chlanie ponownie wkracza w moje życie. Doznałem oświecenia przy wódce, zobaczyłem nowy świat. Tj, ten bez mniejszych zmartwień, ale potem wytrzeźwiałem i musiałem sprzątać. 

Chciałem z góry podziękować za rozwalanie mi moich drzwiczek od zamrażarki. Idźcie w cholerę. 

Więc weekend mijał spokojnie. Na nauce, zaliczeniach, pindoleniu o pierdołeczkach przy fajeczkach - taki standard C+. Jeszcze lepsza była myśl, o olaniu działu na rzecz mojej dzamprezy. Nagle jak grom z jasnego nieba uderzyła mnie myśl, że nadal w moich żyłach płyną nieprzebrane ilości wody ognistej. i że umieram z głodu. Dzida do domu, Mr Donald, fajka no i wyrko.
Jak to zwykle po większej imprezie bywa, poznaje się dziewczyny, które interesuje przede wszystkim stan twojego przyrodzenia, więc miałem małe, że-nu-a podczas oglądania filmu o ludziach nie do końca stabilnych mentalnie. Postanowiłem się jednak spotkać z taką niewiastą mimo moich twardych reguł "Nie bierz tego co wszyscy mieli".
Było miło, ciepło i przyjemnie. Udany wieczór. Trochę dziwnie, ale ze mną tak zawsze. Dziewczyny niepalące są cudowne, bo nie można przy nich palić, co obecnie bardzo mnie cieszy. Następstwa jednak bywają dzikie i odbiegające od standardów przyjętych przez społeczeństwo. 

- Kiedy się zobaczymy?
- W lutym, mam sesje.
- Aha, ok.
- Ale nie jesteś zły?
- Nie, nigdy nie jestem zły :)

Byłem wściekły. Nie trawię opcji odrzucenia po udanym wieczorze - jak chyba każdy, prawda? Niemniej, paliłem tego dnia jak smok, przez szereg czynników ewolucyjnych. Cieszę się, że mam z głowy nienawiść i rozmawiam o tych farmazonach z miłymi ludźmi, jednak jest niedosyt. 

I to na tyle. Krótko, ale stabilnie. 

czwartek, 10 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Trzecia

Zbliża się piątek. Czas rozpusty i myślenia o łikendzie. Jest to mój ulubiony dzień w tygodniu poza środą, bo środa
to ładne słowo i w ogóle.

Prestiż i piękno pracy w agencji


Jestem zniszczony egzystencją jak brazylijski pies. Cały tydzień z głowy, nic kreatywnego nie wyciekło z mojej małżowiny - czyli okolic pół mózgowia, a ograniczenie jaranka wpływa horrendalnie na mnie źle. 

Jest jednak rzecz, która doprowadziła - oraz doprowadza od dłuższego czasu - do amoku. Projekt Menadżerzy, a raczej ich podła szkarłatna odmiana - Junior Brand Menadżerzy. Tak tak, słyszeliście to pierdyliard razy, od ludzi za pewne lepszy i inteligentniejszych od Was. Fakt pozostaje jeden - są wszędzie i czyhają na naszą zgubę.

"Ale drogi Mateuszu, ja nie pracuję w reklamie i mnie nie dotyczą te okrutniaste potforzyska!". Gówno! Jesteś ich ofiarą tak samo jak ja! Wyobraź sobie, że oderwałeś się od fejsbuczka i podreptałeś do Żabeczki. Widzisz tam prześliczną, błyszcząca i mieniącą się na ladzie (niczym Edward z Tłajlajtu) gazetę. Supcio. Otwierasz, widzisz promocję na jogurt z biedronki, kupujesz, masz banana na twarzy i pleśń w jelitach. Jednak przyjrzyj się dokładnie ten papierowi w Twoich łapkach. Jeszcze dokładniej. Tak! Właśnie doznałeś oświecenia, że masz przed sobą najbrzydsze stworzenie od czasów nowego symbolu Gminy Przemyśl. Czemu tak się dzieje? Czyżby grafik dał dupy, a DTP zachlało? Nie do końca. 

Pracując w agencji specjalizującej się w robieniu papierów toaletowych dla sklepów, poznałem z każdej strony tajniki tworzenia ultra szpetnych dziwotworów. Oto jak to naprawdę wygląda. 

Dzień pierwszy - jeden papieros na pół dnia.
Dostajemy od klienta brief. Prosty przekaz, proste zadanie, proste rozwiązanie - zaprojektować gazetkę reklamową dla znanej firmy sprzedającej kosmetyki i chuj wie jeszcze co. Deadline - dwa tygodnie, nakład 100tys. Bułeczka z masełkiem. 

Dzień piąty - dwa papierosy na pół dnia.
Magiczne cztery dni kreatywności ostrych rozmów i łez po policzkach. Sam Andy W. byłby z nas dumny. Patrzymy na nasze dziecko co 15min wzdychając niczym do bogini Afrodyty. 

Dzień dziesiąty - mniej niż jeden papieros na pół dnia.
Pełen akcept klienta. Proofy zaakceptowane. Everything better than expected! Drobne literówki I takie tam mało istotne dyrdymały. 

Dzień dwunasty - paczka na pół godziny.
Znikąd, niczym Godzilla pojawił się specjalista od marketingu - stawiam moją głowę, że został zatrudniony tego samego dnia w ramach dnia dobroci dla studentów. Jedno pięknie wkurwiające zdanie, "Nic mi się nie podoba, musimy to przedezajnerować na asapie". Krew z nosa, żyletki w ruch, drukarnia płacze, bo już wie. Oni zawsze wiedzą, że z posadzki pod wałkami zrobi się jezioro krwi. Rozpoczyna się walką ze snem. Magiczne chwile odchodzą. Żony zostawiają mężów. Dzieci umierają z tęsknoty za rodzicami. Los Armagedon. 

Dzień czternasty - nie wiem, nie uczyli mnie takich liczb w szkole.
"Niestety jest błąd w druku, musimy się dogadać do zniżeczki, albo rekompensatki, bo zjebaliście kochanieńcy". Bóg mi świadkiem, że trzymałem accounta od wbicia tej babie tasaka między przyrodzenie. 

Dzień później zobaczyłem nasze dzieło w sklepie dla lubiących pachnieć inaczej i rozpłakałem się patrząc na niezwykły syf jaki wyszedł z moich rąk. Zapaliłem papierosa, powiedziałem - nigdy więcej. Potem oczywiście wyprosili mnie ze sklepu za palenie.

"Ale Mateuszku, przecież to Twoje zasrane życie! Nam się gazetka podoba! Przecież są tam cyferki i ładne kiełbaski i takie tam takie.". Rozumiem. To znaczy, jestem w stanie to zrozumieć. Wyobraźmy sobie jednak świat pełen estetyzmu. Reklamówek tworzonych na miarę Ferrari, książek drukowanych na cudownym 250gr papierze zdobionym przez arcymistrzów typografii, genialnie zaprojektowanych materiałów propagandowych i eksplozji barw oraz kontrastów na każdym kroku!

Trudne prawda? A to wszystko przez niedorozwiniętych wykształciuchów, którzy nigdy nie palili doładowanego Marlboro stojąc przed galerią i rozmawiając z artystami o tym co pili i brali podczas procesu kreatywnego. To rozwija wyobraźnie, daje do zrozumienia dlaczego proces generowania sztuki niszczy wątrobę i dlaczego należy traktować go z szacunkiem.

Poniosło mnie. Wybaczcie. Idę kupić fajki 

piątek, 4 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Druga

Przy dymku poznaje się intrygujące jednostki. Nastoletnie dziewczynki, zawodowych alkoholików, studentów - wiecie o co chodzi. Mam w głowie kilka opowieści alternatywnej treści. Część zachowam dla siebie, ale na pewno te lepsze opiszę ze szczegółami na miarę Krzysztofa Ibisza (tylko bez opisów swojej klatki).

Podróże z gwoździami


Uwielbiam podróżować pociągami. Ciuchaje to najfajniejsza rzecz jaką wynaleźli ludzie, może z wyjątkiem zupek błyskawicznych o smaku proszka do prania. Podróż z przędnością 30km/h w ciemnym busze gdzie nawet Plej nie ma zasięgu bywa niezapomniana. Jechałem do Katowic (nie po dziś co mnie do tego zmusiło) odwiedzić znajomych w ramach organizacji imprezy dla niewyżytych gimbusów w ilościach przekraczających ludzkie pojęcie. Wagony zajebane jak kościół w Zamościu w niedziele i byłem zmuszony zostawić bagaże w przedziale i udać się do kibla - oczywiście zapalić. Spotkałem tam grupę ludzi, już dobrze rozkołysanych po kilku browcach i przejeździe przez Radom. 

- Można zapalić?
- Jasne! Masz browarka? Mamy całą kratkę.
- Mam, mam. Nigdy nie jadę na sucho w te okolice.

Kłamałem, nigdy nie jeżdżę w te okolice.

Grupa wsparcia sedesowego składała się z trzech dziewczyn i dwóch gości. Porządnie ubrani - koszule z demobilu, glany i nieodłączne tanie wino. Zagadałem do dziewczyn. Okazało się, że mieszkam z jedną przez płot (tak się zbiegło, że z jej siostrą potem kręciłem, ale o tym innym razem). Jeden typiarz miał, aby nie skłamać, dwa i pół metra w górę. Opierał się o umywalkę przytrzymując głową sufit i podtrzymywał glana na sedesie żeby woda nie chlupała nam na mordy. Kumpel od zaraz. Paląc papieroski gadaliśmy o pierdetach, nic ciekawego. Większość czasu patrzyłem na drzwi między wagonami, które otwierały się i zamykały według własnego uznania. Zastanawiałem się czy chcą mi przekazać wiadomość w stylu "No chodź, pokaż jaki jesteś mocny i wsadź między nas łepetynę". Spryciarze.

Po dwóch godzinach i kilku piwach czuliśmy się na tyle zajebiści, że wyciągnąłem markery i dałem wszystkim do pomalowania zasyfiałego wagoniku. Radosnej twórczości nie było końca. Powstały w kilka minut genialne okrzyki typograficzne w stylu "Nie mam kasy, bo jadę na Mazowieckim". Kto przeżył tyle wiosen z siarą co ja, ten zrozumie.

Wysiedliśmy w Katowicach, papatki, całuski, długa do tramwaju i impreza do białego rana. Praktycznie nic nie pamiętam. Pamiętam, że nie piłem. Od tamtej pory omijam Katowice szerokim łukiem. 

------ 

Pewnego trzepiąc piwka na terenie sportowym pewnej znanej warszawskiej uczelni, stwierdziłem, że wracam do domku, bo zaczęło się delikatnie ściemniać (na niebie, nie przed oczyma). Przystanek autobusowy rozkładał się nad moją głową od natłoku procentów w atmosferze, sponsorowanych przez lokalnych dokształciuchów. Nagle, dwie niewiasty w wieku pozwalającym na stwierdzenie czy to chłopak, czy dziewczynka grzecznie zapytały:

- Masz ognia?
- Jasne - podpalam im fajki i przy okazji sam zadymiłem.
- Idziesz z nami na ognisko? Jest tu niedaleko i się zbieramy z ziomkami.

Jasne, czemu nie. I tak nie miałem nic lepszego do roboty. Ziomeczki okazali się abs'ami bez widocznego zarostu z racji bardzo młodego wieku. Tematami rozmów podczas wyprawy do miejsca docelowego, które jak Boga kocham było oddalone w pizdu od cywilizacji i zdrowego rozsądku, były imprezki, najebanka, wsuwanka w dziewczynki i inne dres historyjki.
Nie będę kłamał. Miejsce ogniska było taką dziurą, że sam Mefistofeles oddałby miejscowemu menelowi portfel
na patyku. Weszliśmy przez bramę, ujrzeliśmy maleńki płomyczek z grupą niedorobionych nastolatków. Obściskali mnie dokładnie i dali najlepszy prezent dla podchmielonego człowieka - flaszeczkę w jedną rękę, a w drugą topór i krzyknęli żebym się dobrze bawił.

Impreza się rozkręcała, rozpaliłem sziszę z naturalnym wkładem, porzucałem toporkiem, postrzelałem z łuku 
w powietrze i ogólnie git majonez. Nagle, prawdopodobnie najmłodszy z całej grupy dzieciak wyciągnął dropsy i wcisnął sobie je w gardło z przędnością zaawansowanego ćpuna. Pół godziny później przyjechał samochód. Dziewczyny powiedziały, że muszą z nim lecieć do szpitala, bo zaraz przestanie oddychać, czy coś w tym stylu. Buzi buzi, papatki, impreza trwała dalej.

Dalej dokładnie nie pamiętam co się działo. Obudziłem się w namiocie z kilkoma ludźmi, cały przesiąknięty dymem, alkoholem i wczorajszym deszczem. Aparat się zepsuł, telefon działał. Wyobrażacie sobie to dzisiaj? Ładnie powiedziałem pa i już więcej ich nie widziałem. 

środa, 2 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Pierwsza

Stało się. Rzucam palenie. Nie jestem pewien czy to postanowienie noworoczne, ogólną modę czy stan portfela, ale fakt jest niezaprzeczalny – przestaję ciągnąć gwoździa. Kilka lat puszczania dymka dało mi wiele niezapomnianych przeżyć. Nie to, że były fajne, raczej ekscentryczne, ale co dobre musi się kiedyś skończyć. Tak więc, zacznijmy.

Dzień pierwszy – czyli przytłoczenie


Dzień jak każdy niedługo po sylwestrze – ortodoksyjny. Wstałem wraz ze wchodem słońca czyli koło 8mej rano budzony przez dwa budziki, które nakurwiały przez bite pół godziny jak stara baba na giewoncie skoro świt. Udało się, podniosłem powiekę, chlupu chlupu, piju piju i mogę ruszać dalej.

Podróż ogólna. Smród połączony z brzydotą Warszawy przypomniał mi czemu nienawidzę tego miasta oraz wszyscy bezdomni, z którymi jak co rano witam się środkowym palcem i buszkiem między przechlane ślepia. No tak, rzucam palenie, ale ten papieros to jeden z trzech, które mam przydzielone na każde płuco. Ot tak żeby nie zacząć pluć krwią z braku nikotyny.

Przebrnąłem, jestem w pracy po lekturze Vice, wkraczam niczym młody bóg piętnaście po 9tej i oczom nie wierzę – nikogo nie ma. Spodziewałem się opierdolu na skale globalnego przykurwienia, a tu nic, zero, że-nu-ła. Kilka słów, siadam przed pseudo komputerem, witam się z armią zbawienia działu deweloperów i przeglądam Front Army (zawsze na wypadek gdyby ktoś pomyślał, że jestem gejem).

- Siema Mate! Choć zajarać!
- Rzuciłem.
- Pierdolisz kurwa, chodź zajarać. Nie pierdol i chodź.
- NIE. Muszę pracować.

Nic do pracy nie miałem, oprócz czytania maili z pogranicza życia i śmierci, „Ten projekt musi być dziś! Dziś ma być ten projekt w projekcie z projektem z projektu w formacie ASAP”, mniej więcej. No to gitez, Facebook w ruch, obciążenie łącza 90% + torrenty (na wieczór) i tango asapolka do 12tej. Wszyscy zadowoleni, że Mateusz pracuje – gwiazdor, złoty chłopach, nadzieja Interaktywnego działu. Codziennie te same muzykalne słowa „Masz robić dobrze i szybko, a jak nie to będzie źle!”. Wiem, że mnie lubią, bo mało biorę do łapy. W ogóle nie biorę, a to ewenement w moim zawodzie. Jak kreatywny projektant ma być kreatywny bez skręta i polipa w żyle, no jak? Zostaje alkohol i seks. Nie piję, dziewczynę rzuciłem. Jestem w dupie.

„Piękny projekt Mateusz, znowu będziemy w dupie przez Twoje gradienty”, zawsze sobie to powtarzam przed odpaleniem fotoszopa, bo czemu mam być kreatywny skoro mam być miły i skuteczny. Miły na pewno nie jestem. Wszyscy mówią, że mam się powiesić albo spierdalać, co mi odpowiada (im troszkę mniej bo tylko kiwam głową z bananem na twarzy).

W końcu obiadek i 2gi fajek. Naładowany kebabem i nikotyną na 3 buchy odwalam yogę z myszką, aby nie słuchać trafika, która patrzy się na mnie jeszcze gorszym wzrokiem niż alkoholik bez spiritusu - co oznacza, że trzeba się starać. Zawsze. Muszę tą dziewczynę pochwalić. Genialne pomysły, dobry copy rajting i najgorszy trafik jaki spotkałem w życiu, ale skuteczny. Dzień bez kurwy dla niej to jak jogurt bez truskawek – nic nie warty.

Oho, komentarz na fejsie. Odpowiedź „Nie palę już”. Wracam do pracy.

Dziesięć kolejnych mejli, lanie oranżady, kołowrotek uczuć, piękne zakończenie niczym bukkake i mogę iść do domu. Kolejny papieros, precel z kumplem, który uratował mnie od zaśnięcia na centralnym i dzida do domu.

Współlokatorka jak zwykle zadowolona z życia, nigdy nie wiem czemu. Wszyscy sądzą, że ze sobą sypiamy, też nie wiem czemu. Wspaniała kobieta, inteligentna, gadatliwa jak kataryniarz na starówce (co jest plus, nie ma co się obrażać)
i pełna wdzięku.

- Coś się pali, czuję coś.
- Nie, nic się nie pali – odpowiada.
- Przecież czuję! Coś się jara!
- No nie – olała mnie.
- Włosy przypaliłaś?
- Spadaj!

Trzymała nóż i siedziała przed laptopem z pozycją jakby miała go szlachtować. Zrobiłem zdjęcie rzecz jasna, bo to moje hobby – robienie zdjęć ludziom, który tego nie chcą.

Rozmowa się chwile ciągnie, wracam do siebie, przeglądam znowu Vice, bo nie skończyłem czytać poradnika ukrytego alkoholika i czekam na majle od klientów. Patrzę się tępo na paczkę papierosów i popielniczkę. „Czy myślisz o tym samym o czym ja myślę moja droga? Chcesz abym Cię rozpalił i wsadził do ust?”… Muszę się jednak położyć.

 
 
Copyright © Mr Staniszewski
Blogger Theme by BloggerThemes Design by Diovo.com