czwartek, 10 stycznia 2013

Z Pamiętnika Palacza - Część Trzecia

Zbliża się piątek. Czas rozpusty i myślenia o łikendzie. Jest to mój ulubiony dzień w tygodniu poza środą, bo środa
to ładne słowo i w ogóle.

Prestiż i piękno pracy w agencji


Jestem zniszczony egzystencją jak brazylijski pies. Cały tydzień z głowy, nic kreatywnego nie wyciekło z mojej małżowiny - czyli okolic pół mózgowia, a ograniczenie jaranka wpływa horrendalnie na mnie źle. 

Jest jednak rzecz, która doprowadziła - oraz doprowadza od dłuższego czasu - do amoku. Projekt Menadżerzy, a raczej ich podła szkarłatna odmiana - Junior Brand Menadżerzy. Tak tak, słyszeliście to pierdyliard razy, od ludzi za pewne lepszy i inteligentniejszych od Was. Fakt pozostaje jeden - są wszędzie i czyhają na naszą zgubę.

"Ale drogi Mateuszu, ja nie pracuję w reklamie i mnie nie dotyczą te okrutniaste potforzyska!". Gówno! Jesteś ich ofiarą tak samo jak ja! Wyobraź sobie, że oderwałeś się od fejsbuczka i podreptałeś do Żabeczki. Widzisz tam prześliczną, błyszcząca i mieniącą się na ladzie (niczym Edward z Tłajlajtu) gazetę. Supcio. Otwierasz, widzisz promocję na jogurt z biedronki, kupujesz, masz banana na twarzy i pleśń w jelitach. Jednak przyjrzyj się dokładnie ten papierowi w Twoich łapkach. Jeszcze dokładniej. Tak! Właśnie doznałeś oświecenia, że masz przed sobą najbrzydsze stworzenie od czasów nowego symbolu Gminy Przemyśl. Czemu tak się dzieje? Czyżby grafik dał dupy, a DTP zachlało? Nie do końca. 

Pracując w agencji specjalizującej się w robieniu papierów toaletowych dla sklepów, poznałem z każdej strony tajniki tworzenia ultra szpetnych dziwotworów. Oto jak to naprawdę wygląda. 

Dzień pierwszy - jeden papieros na pół dnia.
Dostajemy od klienta brief. Prosty przekaz, proste zadanie, proste rozwiązanie - zaprojektować gazetkę reklamową dla znanej firmy sprzedającej kosmetyki i chuj wie jeszcze co. Deadline - dwa tygodnie, nakład 100tys. Bułeczka z masełkiem. 

Dzień piąty - dwa papierosy na pół dnia.
Magiczne cztery dni kreatywności ostrych rozmów i łez po policzkach. Sam Andy W. byłby z nas dumny. Patrzymy na nasze dziecko co 15min wzdychając niczym do bogini Afrodyty. 

Dzień dziesiąty - mniej niż jeden papieros na pół dnia.
Pełen akcept klienta. Proofy zaakceptowane. Everything better than expected! Drobne literówki I takie tam mało istotne dyrdymały. 

Dzień dwunasty - paczka na pół godziny.
Znikąd, niczym Godzilla pojawił się specjalista od marketingu - stawiam moją głowę, że został zatrudniony tego samego dnia w ramach dnia dobroci dla studentów. Jedno pięknie wkurwiające zdanie, "Nic mi się nie podoba, musimy to przedezajnerować na asapie". Krew z nosa, żyletki w ruch, drukarnia płacze, bo już wie. Oni zawsze wiedzą, że z posadzki pod wałkami zrobi się jezioro krwi. Rozpoczyna się walką ze snem. Magiczne chwile odchodzą. Żony zostawiają mężów. Dzieci umierają z tęsknoty za rodzicami. Los Armagedon. 

Dzień czternasty - nie wiem, nie uczyli mnie takich liczb w szkole.
"Niestety jest błąd w druku, musimy się dogadać do zniżeczki, albo rekompensatki, bo zjebaliście kochanieńcy". Bóg mi świadkiem, że trzymałem accounta od wbicia tej babie tasaka między przyrodzenie. 

Dzień później zobaczyłem nasze dzieło w sklepie dla lubiących pachnieć inaczej i rozpłakałem się patrząc na niezwykły syf jaki wyszedł z moich rąk. Zapaliłem papierosa, powiedziałem - nigdy więcej. Potem oczywiście wyprosili mnie ze sklepu za palenie.

"Ale Mateuszku, przecież to Twoje zasrane życie! Nam się gazetka podoba! Przecież są tam cyferki i ładne kiełbaski i takie tam takie.". Rozumiem. To znaczy, jestem w stanie to zrozumieć. Wyobraźmy sobie jednak świat pełen estetyzmu. Reklamówek tworzonych na miarę Ferrari, książek drukowanych na cudownym 250gr papierze zdobionym przez arcymistrzów typografii, genialnie zaprojektowanych materiałów propagandowych i eksplozji barw oraz kontrastów na każdym kroku!

Trudne prawda? A to wszystko przez niedorozwiniętych wykształciuchów, którzy nigdy nie palili doładowanego Marlboro stojąc przed galerią i rozmawiając z artystami o tym co pili i brali podczas procesu kreatywnego. To rozwija wyobraźnie, daje do zrozumienia dlaczego proces generowania sztuki niszczy wątrobę i dlaczego należy traktować go z szacunkiem.

Poniosło mnie. Wybaczcie. Idę kupić fajki 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 
 
Copyright © Mr Staniszewski
Blogger Theme by BloggerThemes Design by Diovo.com